Wytrzymałam. Nie miałam nic w ustach po za tym gryzem pierniczka i napojami. Jak się z tym czuję? Podle, ale nie potrafię nic już teraz zjeść. Nawet nie chce mi się wstać, by coś sobie przygotować. Po co mi to? Jedyne o czym teraz marzę, to położyć się spać. Zaraz to pewnie zrobię. Chcę zakończyć ten dzień, a jednocześnie obawiam się tego, co będzie jutro. Czy jutro też niczego nie zjem?
Po raz pierwszy w życiu pobrudziłam talerz, żeby wyglądało na to, że zjadłam. Znowu kłamię. Znowu będę ranić wszystkich dookoła. Chciałabym komuś o tym powiedzieć. Chciałabym, żeby w szczególności On się dowiedział. Z drugiej strony, dlaczego mam kogokolwiek martwić? Każdy ma swoje problemy. Moje nie są niczym wyjątkowym. Dlaczego więc tutaj to wszystko piszę? Pewnie dlatego, że w innym wypadku najzwyczajniej w świecie bym zwariowała.
Chciałabym się chociaż rozpłakać. Nawet na to nie mam już siły. A może wyczerpałam limit?
To błędne koło mnie przeraża. Nie widzę żadnej drogi wyjścia. Chociaż jest jedna... Zniknąć... Wtedy nikt by już nie cierpiał. Może gdyby nie było przy mnie nikogo. Gdybym zdychała w samotności, wszystko byłoby prostsze?
Sama już nie wiem...
22 grudnia 2014
23. Ku pierwszej głodówce
Nie pisałam. Bardzo długo. Najpierw zawaliłam, potem nie miałam Internetu. Jednak dzisiaj zjadłam kęs pierniczka na śniadanie, żeby nie brać leków na zupełnie pusty żołądek. Potem poszłam do apteki. Spacer jest idealny, jeśli chce się zapomnieć o jedzeniu. Po powrocie położyłam się do łóżka, żeby troszeczkę się zdrzemnąć i teraz już praktycznie nie odczuwam głodu, tylko czasem, ale wtedy od razu się czegoś napiję i to mija.
Boję się jak to będzie podczas Świąt. Wybrałam sobie świetny moment na prawie głodówki, nie ma co... Zobaczymy czy wytrzymam do końca dnia. Mam nadzieję. Muszę jakoś naprawić to, co zniszczyłam podczas tych wszystkich dni, kiedy jadłam, ile tylko chciałam.
Tym razem postaram się, by nikomu nie powiedzieć. To mój problem, nie powinnam nikogo nim obarczać.
Znowu odczuwam ten okropny niepokój. Boję się... Tak bardzo się boję...
Boję się jak to będzie podczas Świąt. Wybrałam sobie świetny moment na prawie głodówki, nie ma co... Zobaczymy czy wytrzymam do końca dnia. Mam nadzieję. Muszę jakoś naprawić to, co zniszczyłam podczas tych wszystkich dni, kiedy jadłam, ile tylko chciałam.
Tym razem postaram się, by nikomu nie powiedzieć. To mój problem, nie powinnam nikogo nim obarczać.
Znowu odczuwam ten okropny niepokój. Boję się... Tak bardzo się boję...
4 grudnia 2014
22. Niepewność
Nie będzie bilansu, nie będzie wymiarów, nie będzie nic z tych rzeczy...
Co mogę napisać? Że zawaliłam? Że przez cały ten czas, kiedy się nie odzywałam, jadłam wszystko, na co mam ochotę? W tym te przeklęte słodycze?
Jak już wspomniałam w jednym z poprzednich postów, poznałam chłopaka. Jest mi z nim cudownie. Czuję, że przy nim powoli staję na nogi. Przy nim nie myślę o moich problemach. Stają się one śmiesznie małe aż w końcu znikają. Nie oznacza to jednak, że nie mam momentów zwątpienia. Mam je i to bardzo często. Jednocześnie wpadłam w jakiś wir obżarstwa i nie potrafię nad tym zapanować. Nie panuję nad ciałem, nad głodem, nad niczym nie panuję.
Nie chcę, żeby on przeze mnie cierpiał, ale nie umiem się od tego odciąć. Jem, ale mam wyrzuty sumienia. Z drugiej strony, gdybym nie jadła, czułabym, że go zawiodłam.
Nie chcę go stracić przez to, że jestem, kim jestem. Że choruję. Cholernie się tego boję. Boję się, że wszyscy mnie zostawią, ale inaczej nie potrafię. Uzależniłam się od Any. Pogubiłam się w tym wszystkim i teraz nie wiem, co robić.
Dowiedziałam się, że wyglądam zdrowo. Nie chcę wyglądać zdrowo. Chcę być chorobliwie chuda. Chcę widzieć swoje kości.
To jakiś ponury żart - chcesz, żeby ktoś pomógł, żeby był, a jednocześnie pragniesz pogrążyć się chorobie, wymagasz od innych, żeby popierali drogę, którą podążasz, decyzje, które wybrałeś.
Nie mam już łez, żeby się rozpłakać...
Co mogę napisać? Że zawaliłam? Że przez cały ten czas, kiedy się nie odzywałam, jadłam wszystko, na co mam ochotę? W tym te przeklęte słodycze?
Jak już wspomniałam w jednym z poprzednich postów, poznałam chłopaka. Jest mi z nim cudownie. Czuję, że przy nim powoli staję na nogi. Przy nim nie myślę o moich problemach. Stają się one śmiesznie małe aż w końcu znikają. Nie oznacza to jednak, że nie mam momentów zwątpienia. Mam je i to bardzo często. Jednocześnie wpadłam w jakiś wir obżarstwa i nie potrafię nad tym zapanować. Nie panuję nad ciałem, nad głodem, nad niczym nie panuję.
Nie chcę, żeby on przeze mnie cierpiał, ale nie umiem się od tego odciąć. Jem, ale mam wyrzuty sumienia. Z drugiej strony, gdybym nie jadła, czułabym, że go zawiodłam.
Nie chcę go stracić przez to, że jestem, kim jestem. Że choruję. Cholernie się tego boję. Boję się, że wszyscy mnie zostawią, ale inaczej nie potrafię. Uzależniłam się od Any. Pogubiłam się w tym wszystkim i teraz nie wiem, co robić.
Dowiedziałam się, że wyglądam zdrowo. Nie chcę wyglądać zdrowo. Chcę być chorobliwie chuda. Chcę widzieć swoje kości.
To jakiś ponury żart - chcesz, żeby ktoś pomógł, żeby był, a jednocześnie pragniesz pogrążyć się chorobie, wymagasz od innych, żeby popierali drogę, którą podążasz, decyzje, które wybrałeś.
Nie mam już łez, żeby się rozpłakać...
Subskrybuj:
Posty (Atom)