6 czerwca 2016

44. "Ai wa ima me no mae de shinda"

Miłość...
Już samo napisanie tego wyrazu jest dla mnie trudne. Jak tu pisać o czymś, co boli, rani, wysysa łzy, nie istnieje?
Moja miłość odeszła, zostawiła mnie, zraniła, przestała kochać, po prostu już mnie nie chciała... Stało się to w sobotę. W cholerną, słoneczną sobotę.
Upał jest dokuczliwy, na dodatek psychicznie czuję się okropnie, dlatego jem coraz mniej. Ale to dobrze. Wrócę do Any. Wrócę i przeproszę za tak długą nieobecność. Mam nadzieję, że po raz kolejny mi wybaczy. Ale ona chyba zawsze wybacza, pewnie sprawi, że trochę pocierpię, ale zaopiekuje się mną.

Nie chcę już nigdy więcej się zakochać. Nie chcę czuć, angażować się, cieszyć, a potem to wszystko stracić. Wracam i mam nadzieję, że zostanę do końca, aż Ana mnie zabije. Pewnie umrę w samotności, pozostali ludzie nie potrafią przebywać z Motylkami, ale chyba tak jest mi pisane. Może będę kontynuować moją książkę o anoreksji?

Postaram się znów pisać bilanse albo w ogóle nie jeść, co nie jest w sumie obecnie aż tak trudne.

Wróci dawny układ: Ana i ja. I już nikt nie będzie miał mi prawa powiedzieć, że zabijam samą siebie, że mam przestać. Nikt się nawet o tym nie dowie, zadbam o to, tym razem nikt mnie nie nakryje. Dopiero, gdy moje kości będą coraz bardziej widoczne, może ktoś zwróci na to uwagę? Ale wtedy będzie już za późno...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz